Wywiady

„Najbardziej przeraża mnie to, że sama dla siebie jestem zagrożeniem.” – rozmowa z Kamilą, dziewczyną chorą na chorobę afektywną dwubiegunową

Jak wyglądały u Ciebie początki choroby?

Jeśli chodzi o mnie to uważam, że od zawsze było coś nie tak. Zawsze źle się czułam. Na początku była to tylko depresja. Jak byłam jakiś rok czy dwa lata temu w domu, to znalazłam swój stary pamiętnik, który pisałam gdy miałam dziesięć lat. Płakałam gdy go czytałam. Mając dziesięć lat pisałam, że nie chcę żyć i że chciałabym umrzeć. Pierwszą próbę samobójczą miałam w wieku trzynastu lat, więc właściwie od zawsze było coś nie tak. Wtedy chciałam podciąć sobie żyły, ale nie wyszło mi to. Wydaje mi się jednak, że dopiero gdy skończyłam siedemnaście lat, po śmierci ojca, pojawił się u mnie stan hipomaniakalny. Takie choroby jak dwubiegunówka diagnozuje się u dzieci dopiero od kilku lat. Bardzo rzadko zdarza się, że ludzie chorują od dzieciństwa.

W takim razie śmierć ojca była momentem, który pogłębił u Ciebie chorobę?

Nie miałam łatwego dzieciństwa. Być może gdyby nie to, to nie wystąpiłaby u mnie choroba. Mogę tak tylko gdybać. Wydaje mi się, że gdyby nie śmierć ojca, to może wtedy wyszłabym na prostą. Przecież wiele młodych ludzi źle się czuje i mówią, że nie chce im się żyć. Myślę, że co trzeci nastolatek wie o czym mówię. Być może później doszłabym do siebie, ale moment śmierci ojca spowodował, że odleciałam i później było już gorzej.

Co się działo potem?

Po śmierci ojca czułam niesamowitą złość i nienawiść. Miałam stany mieszane i było we mnie bardzo dużo emocji. Z jednej strony miałam w sobie gniew i nienawiść, a z drugiej strony dużo energii, której nie mogłam spożytkować. Na przykład mogłam biegać godzinę i nie byłam w ogóle zmęczona. Innym razem śmiałam się, czułam się wspaniale i wymyślałam sobie, że będę miała program w telewizji. Takie irracjonalne rzeczy. Tylko, że to było chwilowe. Potem wyjechałam na studia i wtedy pojawiła się największa depresja jakąkolwiek miałam. Było to na pierwszym roku studiów. Miałam wtedy próbę samobójczą. Próbowałam się utopić i trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Takiej depresji, jaką wtedy miałam, nie życzę nikomu.

Czy jakaś konkretna sytuacja wywołała u Ciebie nasilenie tego i tak już złego stanu?

Zazwyczaj jakieś momenty w życiu (te dobre lub złe) aktywują albo manię, albo depresję. Mnie się wydaje, że może to, że wyjechałam i byłam daleko od mamy. Może nowe środowisko? Może to o to chodziło, ale dokładnie nie wiem jak to się stało. Po prostu zaczęłam się czuć coraz gorzej, ale myślałam, że każdy tak ma. Jednak nagle przestałam jeść, nie mogłam spać, ale absolutnie najgorsza była ogarniająca mnie totalnie anhedonia. Nic nie sprawiało mi przyjemności. Wracałam z zajęć do domu, siadałam sobie przed oknem i patrzyłam co robią ludzie. Miałam taki widok na górkę, z której dzieci zjeżdżały na sankach. Potrafiłam po prostu siedzieć i się na to gapić. W nocy wstawałam, wychodziłam na śnieg i chodziłam. Byłam wtedy wrakiem człowieka. Schudłam tak, że jak teraz ważę 56 kg i jestem szczupła, to wówczas ważyłam 48 kg. Musiałam wyglądać tak, jakby mnie nie było. Pamiętam, że jak pojechałam do domu, a mojej mamy wtedy nie było, bo była w Irlandii, to moja sąsiadka mnie spotkała i zadzwoniła do mojej mamy. Powiedziała jej, że ze mną chyba jest coś nie tak, że jestem chora. Spotkałam też moją przyjaciółkę, której nie widziałam od wyjazdu, czyli jakieś cztery miesiące lub pięć miesięcy i jak mnie zobaczyła, to się popłakała. I to było dla mnie takie niezrozumiałe. Nie wiedziałam o co jej chodzi, bo ja się cieszyłam, że ją widzę i że tu jestem, a ona się popłakała. Mówiła, że widać, że wyglądam jakby spotkało mnie w życiu coś złego. Nie mam niestety zdjęć z tego czasu i jestem ciekawa czy było to tak widać.

Masz na myśli, że wyglądałaś jak sama skóra i kości?

Tak. Sąsiadka mówiła też, że ja się uśmiecham, ale wyglądam jakby ktoś mi umarł.

Ale w momencie takiego schudnięcia widziałaś, że jesteś dużo szczuplejsza? Czy miałaś może tak, że chudłaś, ale nie widziałaś tego w lustrze?

Nie miałam wagi, ale widziałam, że chudnę. Nie byłam po prostu w stanie jeść. Nie miałam apetytu, ale jak już chciałam jeść, to jedzenie tak jakby rosło mi w buzi, nie mogłam go przełknąć. Wszystko smakowało mi tak samo. Ja na przykład zawsze jadłam bardzo dużo słodyczy i nie tyłam od tego, ale wtedy nie mogłam ich jeść, bo nie sprawiało mi to przyjemności. Tak jakbyś ciągle jadła papkę. Wszystko było bez smaku.

Czy w tym najtrudniejszym momencie pojawiały Ci się jakieś myśli w głowie, które spotęgowały chorobę?

Uważałam, że moje życie poszło w złą stronę. Jestem związana ze sztuką, a wtedy trochę tą sztukę porzuciłam i nie mogłam tego przeżyć. Sądziłam, że już nie mogę do tego wrócić. Wiedziałam, że wszystko przepadło. To też pewnie miało wpływ na moje samopoczucie. Przez lata gimnazjum i liceum sztuka pozwalała mi żyć. Gdzieś pod koniec liceum podjęłam decyzję, że zajmę się czymś bardziej naukowym. Poszłam na kierunek, na którym nie było praktyki. A jak już nie ma tej praktyki, to trudno byłoby wrócić do sztuki. Podjęcie złej decyzji też na pewno mnie podłamało.

Jakie są charakterystyczne objawy wskazujące na chorobę afektywną dwubiegunową?

Jeżeli chodzi o depresję to na pewno musi to trwać dłużej niż tydzień. Ja bym powiedziała, że jakoś miesiąc. Dodałabym tutaj również problemy ze snem. Tak naprawdę każdy ma inaczej. W najgorszej depresji nie mogłam spać, ale w każdej następnej, która była lżejsza niż ta, w której chciałam się zabić, spałam za dużo. Kolejne objawy to brak apetytu, zmęczenie i brak chęci, by cokolwiek robić. Na studiach miałam poważny epizod depresji. To był czas, w którym szukano mi leków. Mogliby mi powiedzieć, że wyrzucają mnie z pracy, a ja i tak bym nie wstała, bo nie byłam w stanie. Czasami się czyta o osobach z depresją, że już się nie myją lub nie dbają o higienę, ale ja aż tak nie miałam. Zawsze o siebie dbałam, malowałam się, zakładałam sukienki, a w tym momencie widać było, że mi się tego po prostu nie chce robić. Nie chodziłam na zajęcia. Jak już poszłam, to czułam się źle. Wraz z nasileniem depresji zaczyna się ból fizyczny. Bolał mnie kręgosłup i miałam problemy z oddychaniem. Czułam się tak jakby ktoś siedział mi na klatce piersiowej.

Miałam też lęki. Bałam się, że ktoś zabije mi narzeczonego. Gdy nie odbierał ode mnie telefonu, bo był w pracy, a miał być już w domu, ja w tym czasie dzwoniłam na policję. Policjantowi mówiłam, że miał wrócić do domu, a na pewno przejechał już go tramwaj. Zazwyczaj zapadała wtedy cisza albo słyszałam, żebym się uspokoiła, bo na pewno wróci. Kiedyś ówczesny narzeczony wracał z wycieczki i też nie odbierał telefonu, a to była druga w nocy i też wtedy dzwoniłam na policję, żeby zapytać czy jakiś autobus miał wypadek. Potem dzwoniłam do wszystkich jego znajomych. Miałam też lęki o swoje życie. Wydawało mi się na przykład, że ktoś mnie śledzi. Mieszkaliśmy kiedyś blisko lotniska i byłam pewna, że jak ja wyjadę to samolot wleci w ten dom. Jechałam też kiedyś z rodziną zagranicę i byłam przekonana, że nasz samochód się rozbije i wszyscy umrą. Napisałam nawet list pożegnalny. Wiedziałam, że szansa na taki wypadek jest jedna na milion, ale i tak byłam przekonana, że się rozbijemy.

Kolejny charakterystyczny objaw to hipomania. Jest się wtedy pobudzonym i ma się wtedy bardzo dużo energii. Można dla przykładu siedzieć i ruszać rękami i nogami, bo nie da się usiedzieć. Wtedy się wstaje, rusza się lub idzie się biegać i nie jest się zmęczonym. Jeśli zazwyczaj śpi się osiem godzin, to nagle cztery godziny snu stają się wystarczające i człowiek wstaje pełen energii. Kiedy mam hipomanię potrafię podejść do kogoś na ulicy i go zaczepić. Jednocześnie będąc w takim stanie ma się natłok myśli. Jednak czasem bywa to twórcze, bo ja w zasadzie dzięki tej hipomanii zaczęłam coś tworzyć. W godzinę potrafiłam robić takie rzeczy, których nie zrobiłabym w trzy godziny nie będąc w hipomanii. Miałam też kiedyś raz taką bardzo pozytywną hipomanię. Warto tutaj wspomnieć, że nie brałam nigdy żadnych narkotyków. Najpierw zaczęło mnie coś śmieszyć w tapecie, która była na ścianie. Nie miałam żadnych przewidzeń, ale nagle zauważyłam, że te wszystkie wzorki, te kółeczka, zaczynają układać mi się w jakąś twarz. Tak mnie to rozbawiło, że przez godzinę aż płakałam ze śmiechu. W momencie gdy przestałam się śmiać, to zaczęłam intensywniej widzieć kolory i więcej słyszeć. W hipomanii czuję też połączenie z roślinami i ze wszechświatem. Ten stan tak mi się wtedy rozwinął, że miałam wrażenie, że mój dotyk leczy. Wydawało mi się, że mogę dotykiem wyleczyć wszystkie problemy. Wiem, że wydaje się to takie chore, takie psychiczne, bo sama jak to teraz słyszę, to jest to dla mnie dziwne.

W czym na tamten czas ograniczała Cię choroba?

Pamiętam, że było to uczucie, które porównywałam do tego jakbym była za szybą, a ludzie byli po drugiej stronie i nie mogę do nich dojść. Chciałam nawiązać z nimi kontakt, rozmawiać, ale źle się czułam sama ze sobą, byłam odizolowana. Chociaż mimo to miałam znajomych. Myślę, że gdyby ten stan nadal trwał, to nie wiem jak by moje życie dalej wyglądało.

Jeśli piję, to omijam dawkę leku. Kiedyś leki brałam rano i wieczorem, a teraz przyjmuję je już tylko wieczorem przed snem. Jeśli ktoś chciałby zajść w ciążę, ale brałby leki, które obecnie przyjmuję, to miałby problem.

Czy świadomość choroby miała duży wpływ na twoją samoocenę?

Tak. Bardzo źle czułam się z tym, że nie jestem normalna i że muszę brać leki. Patrzyłam na koleżanki i zazdrościłam im, że są zdrowe. Mówiły mi one wtedy: „Dasz radę. Ja też to kiedyś przechodziłam i udało mi się.”. Miały wówczas na myśli sytuacje, w których się po prostu trochę gorzej czuły w liceum.

Przeszłam przez etap czytania książek na temat rozwoju osobistego i pozytywnego myślenia, ale rady w nich zawarte mi nie pomagały. Branie tabletek ziołowych również nie pomagało. Bóg też nie wyleczył mnie z choroby. Skuteczne okazały się tylko leki. Kiedyś usłyszałam takie fajne porównanie, że chorować na dwubiegunówkę, to tak jakby mieć zepsuty termometr. W moim przypadku oznacza to, że albo mam hipomanię, albo leżę i nie mogę wstać. Tutaj chodzi o substancje chemiczne w mózgu. Mój mózg nie wydziela w pewnych momentach niektórych substancji i wtedy muszę wziąć lek. Nie rozumiem dlaczego radzi się ludziom, aby uśmiechnęli się, wstali i poszli do pracy i wmawia, że to im pomoże.

Czy doświadczyłaś odrzucenia ze względu na swoją chorobę?

Tak, raz. Nie mam problemu z mówieniem, że jestem chora, ale już wtedy ta sytuacja pokazała mi, że chyba nie wszystkim powinnam o tym mówić. Było to gdy studiowałam, nie miałam jeszcze wtedy postawionej diagnozy, ale to było po tym pierwszym pobycie w szpitalu. Wiedziałam, że jest coś nie tak, ale myślałam, że to depresja. Pracowałam w sklepie z butami i miałam koleżankę, z którą chciałam się zaprzyjaźnić. Pamiętam, że kiedyś byłyśmy na basenie i powiedziałam jej o tym, że miałam próbę samobójczą. No i to było nasze ostatnie spotkanie. Teraz wychodzę z założenia, że jeśli ktoś stwierdzi, że to, że choruję jest nienormalne, to oznacza, że tak naprawdę to z nim jest coś nie tak.

Czytałam, że jest to choroba, która jest tak poważna, że może uniemożliwić podjęcie pracy. Czy z tego powodu pracujesz na własny rachunek?

Można powiedzieć, że moja historia skończyła się happy endem dzięki lekom. Ciągle pracuję w swoim zawodzie. Biorę leki, wyszłam na prostą, wszystko się poukładało i robię to co chcę. Doceniam to co robię, wiem, że to co robię jest dobre i bardzo mi się udało. Ja akurat jestem takim przypadkiem, że biorę leki i funkcjonuję normalnie, aczkolwiek były momenty gdzie później, jak już pracowałam, uruchamiał mi się biegun na przykład hipomanii i nagle wszystko rzucałam. Gdyby nie druga osoba, która mnie tak jakby kontrolowała, to bym wyjechała, rzuciła pracę i nie miała do czego wracać, ale on był obok i mi pomagał.

Jak twoja choroba objawiała się w pracy?

Jeśli czułam się źle w pracy, to płakałam w łazience. Ja tak serio traktuję pracę, że miałam tylko jedną sytuację, w której napisałam, że nie przyjdę do pracy. Byłam dwa lata po szpitalu i uczyłam się dopiero żyć z tą chorobą i pojawiło się to, gdy brałam leki. Ale to był jeszcze ten czas, gdy nie potrafiłam rozpoznać, że zaraz zacznie się coś dziać. Miałam taką sytuację, że wszystko wydawało się z pozoru dobrze, miałam do pracy na popołudnie i rozmawiałam przez telefon z ówczesnym narzeczonym. W trakcie rozmowy zdenerwował mnie czymś, rozłączyłam się, po prostu rzuciłam telefonem i spakowałam się w pięć minut. Stwierdziłam, że wyjeżdżam. Przełożyłam starą kartę do telefonu, a przedtem napisałam tylko do mojego pracodawcy, że nie będzie mnie w pracy. Z mojego mieszkania miałam pięć minut tramwajem od dworca, ale wiedziałam, że nie wejdę do tramwaju, bo nie będę w stanie usiedzieć. Wydawało mi się, że szybciej będzie jak pobiegnę. I pobiegłam. Miałam wtedy bardzo dobry humor, wszystko mnie śmieszyło. Pamiętam, że przechodziłam koło apteki „Dr. Optima” i to był najlepszy żart na świecie. Kupiłam bilet, wsiadłam do pociągu, ale wiedziałam, że nie wysiedzę. Oddałam bilet, kupowałam nowy i tak chodziłam w tę i we w tę, bo ciągle zmieniałam zdanie.

Czyli tutaj pojawiła się jakaś sytuacja, która uaktywniła chorobę.

Tylko, że tak naprawdę wszystko wtedy mogłoby ją uaktywnić. Już tydzień przed pojawiały się takie objawy, że można było się spodziewać, że to się pojawi. To było z cztery lata temu, ale teraz bym to już wyłapała. Wtedy nie wiedziałam jak to rozpoznać. Narzeczony podczas tej rozmowy nie powiedział nic takiego co mogłoby mnie rozzłościć. Nawet nie pamiętam co to było, więc to było zupełnie nieistotne. Gdyby nie on, bo to on mnie znalazł na tym dworcu, to nie wiem co by ze mną było. To był czwartek, w piątek nie było mnie jeszcze w pracy, ale w poniedziałek wróciłam. Lekarz zwiększył mi dawkę leku przeciwmaniakalnego, więc dużo spałam, ale wróciłam do pracy.

A gdzie znalazł Cię ówczesny narzeczony?

Znalazł mnie jak siedziałam i ryczałam pod jakimś sklepem, bo tak mnie wszystko denerwowało, że nie wiedziałam co mam zrobić. Miałam tyle energii, że nie mogłam jej spożytkować: bieganie nie pomogło, kupienie biletu nie pomogło, nigdzie nie pojechałam…

Jak na twoją chorobę reagowali poprzedni pracodawcy?

Szefowa dowiedziała się podczas wspólnego wyjazdu. To był czas, w którym odstawiłam leki. Pamiętam, że współdzieliłam pokój z koleżanką, a wieczorem przyszła do nas szefowa. Byłam wtedy bardzo pobudzona i naszła mnie ogromna potrzeba biegania. Miałam w sobie wtedy dużo agresji. Miałam ochotę czymś rzucić, powiedzieć jej coś niemiłego, ale jednocześnie nie chciałam tego robić, bo pracodawca był w porządku. Stałam, próbowałam się uspokoić i ciężko oddychałam. W pewnym momencie zaczęli wołać mnie po imieniu, a ja po prostu stałam i nie mogłam się ruszyć. W końcu zaczęli mówić coś o karetce, a ja nagle po prostu stamtąd wybiegłam. Kilka dni wcześniej zwierzyłam się koleżance z pracy, że choruję, a ona to potem powiedziała pracodawcy. W ten sposób szefowa dowiedziała się o mojej chorobie.

Czy twój były narzeczony wiedział od początku, że jesteś chora?

Po śmierci ojca zaczęłam się zastanawiać czy mam depresję. Wtedy znalazłam mojego ówczesnego narzeczonego przez internet. Przez trzy lata tylko pisaliśmy. Z rozmów wynikało, że miał depresję, ale z czasem wyszło, że to problemy z tarczycą. Miał też fobię społeczną, nerwicę natręctw i DDA. Na początku miałam z nim tylko przyjacielski kontakt, ale po trzech latach spotkaliśmy się i zakochaliśmy się w sobie. On wiedział, że coś jest ze mną nie tak, że coś mam, ale nie jest to zdiagnozowane. Ani on, ani ja nie sądziliśmy, że to dwubiegunówka. Nigdy nikt mi tego nie powiedział. Wyszło to dopiero po tym drugim pobycie w szpitalu, czyli jak byliśmy ze sobą prawie trzy lata, kiedy praktycznie rozstaliśmy się przez moje odpały. Rozbierałam się, robiłam mu kilka godzin jazd, w końcu się uspokajałam i ubierałam się w piżamę. Raz stałam przy oknie i nagle wpadłam na pomysł, że wyskoczę z tego okna. Mieszkaliśmy na trzecim piętrze, ale była to na szczęście kamienica, w której były podwójne okna. Zdążyłam otworzyć to okno, chciałam wyskoczyć i on mnie złapał za nogę. Wtedy powiedział, że to koniec i nie możemy być razem. Po tygodniu albo po dwóch tygodniach jak się wyprowadziłam, to trafiłam do szpitala.

Jaka sytuacja najbardziej Cię przeraziła? Taka, w której stwierdziłaś, że choroba zabrnęła za daleko.

Jakiś czas temu miałam sytuację, w której depresja pojawiła mi się od razu. Zazwyczaj depresja rozwija się stopniowo: od etapu, w którym nie chce się wstać z łóżka do tego, w którym ma się myśli samobójcze. Mi te myśli pojawiły się w przeciągu tygodnia. I to mnie tak właściwie przeraziło. Teraz żyję sama, bez osoby, która mnie wspiera. Wiedziałam, że jeśli będę chciała się zabić, to nikt mnie nie powstrzyma. W takich trudnych momentach nagrywam sobie filmiki, w których mówię sama do siebie. Robię to po to, żebym mogła potem zobaczyć, że te myśli nie są prawdziwe, nie są moje i że jest to po prostu choroba. Najgorsze jest jednak to, że to nie działa.

Chcesz w ten sposób sprowadzić się na ziemię?

Gdy pojawiają się złe myśli, zaczynasz się zastanawiać czy są prawdziwe. Potem uświadamiasz sobie, że nie są prawdziwe, że przecież możesz normalnie żyć, że masz pasję. Boję się pogłębienia tych negatywnych myśli. Tego, że jeśli będą trwały o tydzień za długo to w końcu się zabiję, bo ulegnę tym myślom. Z tego co czytałam to próby samobójcze najczęściej pojawiają się nie w stanie depresji, ale w stanie manii lub w stanach mieszanych, bo masz wtedy siłę, by to zrobić. Najbardziej przeraża mnie to, że sama dla siebie jestem zagrożeniem.

Kiedy pierwszy raz trafiłaś do szpitala psychiatrycznego?

Pierwszy pobyt był po próbie samobójczej. Chciałam się wtedy utopić, ale nie udało mi się. Byłam wówczas w szpitalu psychiatrycznym w Gnieźnie, ale było tam okropnie. Stwierdzili mi tam zaburzenia adaptacyjne. Rodzina nie chciała, żebym miała żółte papiery. Jeśli chodzi o leki, to przepisano mi depakinę. Depakinę bierze się jako stabilizator. Miałam jeszcze jakiś antydepresant, więc typowo jak na dwubiegunówkę w manii. Natomiast drugi pobyt był po tej sytuacji, gdy chciałam wyskoczyć z okna. Przepłakałam całą godzinę, którą czekałam aż mnie przyjmą w szpitalu. Jak już mnie przyjęli, to natychmiast zmienił mi się nastrój. Byłam trochę agresywna i powiedziałam, że ja tam w ogóle nie będę siedzieć. Przyjmujący mnie psychiatra widząc to powiedział mi, że mogę mieć dwubiegunówkę. Wtedy wyszłam z orzeczeniem, że mam chorobę afektywną dwubiegunową. Tutaj warto wspomnieć, że choroba afektywna dwubiegunowa często łączy się z innymi zaburzeniami. Rzadko kiedy choruje się tylko na samą dwubiegunówkę, ale akurat mi nie stwierdzono nic więcej.

Czy po zdiagnozowaniu u Ciebie choroby szukałaś innych osób chorych na chorobę afektywną dwubiegunową?

Byłam przez jakiś na czas na grupie i forum dla osób chorych na ChAD. Powstała tam mała grupka ludzi z Poznania. Mieliśmy się spotkać wszyscy razem, jednak wyszło tak, że poznałam tylko jedną osobę. Po tym spotkaniu stwierdziłam, że nigdy więcej nie nawiążę kontaktu z osobą chorą. Spotkanie mnie zdołowało, zobaczyłam i usłyszałam wszystko to co ja mówię i robię gdy jestem chora. Usunęłam się z forum i grupy, postanowiłam całkowicie odciąć się od osób z ChAD.

Jak wygląda pobyt w szpitalu psychiatrycznym?

Najpierw trzeba mieć skierowanie od lekarza i iść z nim do szpitala. Oni potem oddzwaniają w momencie kiedy jest wolne miejsce. U mnie za pierwszym i drugim razem była to sytuacja nagła, więc przyjęto mnie od razu. Za drugim razem na szczęście trafiłam na dobrych ludzi w karetce. Ratownik medyczny po przyjechaniu do mnie do mieszkania podpowiedział mi, że w szpitalu mam powiedzieć, że on poświadczy, że była próba samobójcza i że współlokatorka to potwierdza. Gdyby tego nie powiedział to nie przyjęliby mnie od razu. Mogą mnie przyjąć od razu dopiero wtedy kiedy sama sobie zagrażam, bo w szpitalach nie ma miejsc.

Po przyjęciu jest się tylko w piżamie, a w pokojach siedzi się i śpi przy otwartych drzwiach. W jednym pokoju są po trzy lub cztery osoby. Nie ma też oczywiście sztućców. Ze szpitala nie da się uciec. W dzień była muzykoterapia i warsztaty plastyczne. Mało jest spotkań z psychologiem. Codziennie rano i wieczorem każdy stoi w kolejce po leki i praktycznie nie ma możliwości, by nie wziąć tych leków. Wiem też, że w tym drugim szpitalu były stosowane elektrowstrząsy. Poddawane nim były osoby, które były chore np. na depresję lekooporną. To było coś strasznego. Osobiście nie byłam poddawana elektrowstrząsom, ale pamiętam jak zawsze rano przygotowywano na to pacjentów. Elektrowstrząsy bardzo pomagają, ale mają jeden skutek uboczny, który jest dosyć poważny. Ludzie, którzy poddawani są elektrowstrząsom mają luki w pamięci. Jedna pacjentka opowiadała mi, że jak wróciła ze szpitala do domu to miała takie luki, że raz powiedziała do męża: „A gdzie Ty kupiłeś ten stół?”. Wtedy mąż jej odpowiedział, że przecież kupili go razem. Poza tym szpital psychiatryczny to taki sam szpital jak każdy inny.

A jak wspominasz swój pobyt?

W jednym i drugim szpitalu byłam trzy tygodnie. Najpierw byłam w szpitalu w Gnieźnie. Swoją drogą absolutnie nie polecam tego szpitala. To nie tylko moja opinia. Wiele osób, z którymi rozmawiałam również odradzają ten szpital. W internecie można też przeczytać negatywne opinie na ten temat. Jest to duży szpital, a na jednym oddziale był cały przekrój chorób. Na przykład razem na jednym oddziale była anorektyczka i schizofreniczka (w tym taka schizofreniczka, która była chora na schizofrenię paranoidalną). Mało mi pomogli w tym szpitalu. Może dwa razy miałam rozmowę z lekarzem prowadzącym. Kilka razy rozmawiałam również z psychologiem. Zabierali tam też telefony. Nie wiem czy teraz też tak robią, bo mówię o tym co działo się dziesięć lat temu.

Za drugim razem, sześć lat temu, byłam już gdzie indziej i tam było o wiele lepiej. Jednak jest to szpital, do którego trudno się dostać. W tym szpitalu widać było, że pacjenci naprawdę dochodzą do siebie. Pamiętam, że jak mnie przyjęli, to postawili mi łóżko na korytarzu i powiedzieli, że rano zabiorą mnie do Gniezna. Wtedy byłam w stanie mieszanym i byłam bardzo pobudzona. Nie chciałam jechać do tamtego szpitala i zrobiłam z tego powodu niesamowitą aferę. Powiedziałam im, że jak mnie wypiszą, to pójdę i się zabiję. Dodałam też, że jeżeli zabiorą mnie do szpitala w Gnieźnie to będzie to jednoznaczne z tym, że podpiszą na mnie wyrok śmierci. Po tej sytuacji nie zabrali mnie do Gniezna. Wydaje mi się, że w tym szpitalu byłam trochę inaczej postrzegana niż inni przez to czym się zajmowałam i przez kierunek na którym studiowałam, ponieważ było to bliskie osobie, która kierowała szpitalem.

Ile czasu szukano idealnego leku dla Ciebie?

Za drugim razem jak byłam w szpitalu to trochę to trwało. Bywało, że od niektórych specyfików miałam skutki uboczne albo uczulenie. Myślę, że znalezienie dobrego leku zajęło co najmniej pół roku, a to i tak jest szybko. W dwubiegunówce bierze się stabilizator, który przyjmuje również osoba chora na epilepsję. Mówię tutaj na przykład o lamotryginie, tegretolu i depakinie. Stabilizator to najważniejszy lek. Czasami wystarczy przyjmować tylko stabilizator i nie trzeba brać nic więcej. Zdarza się jednak, że osoba chora dodatkowo bierze też lek na depresję albo lek przeciwmanialny. U mnie jest to lek, który podawany jest również schizofrenikom, czyli abilify. Ja biorę teraz tylko 1/4 tabletki. Od sześciu lat mam też stałego lekarza.

Myślę, że w ogóle bym się nie leczyła gdybym nie miała narzeczonego, który jak się dowiedział, że jestem chora to przyszedł i powiedział, że mi pomoże i będzie przy mnie. Dlaczego ja miałabym się leczyć jakbym wyszła ze szpitala? Wyszłabym ze szpitala i nie leczyłabym się, bo po co? Uważałabym, że przecież czuję się normalnie, każdy się czuje tak jak ja, czasami mi odwala, a czasami mi za wesoło. Myślę, że mi się bardzo udało i że miałam niesamowite szczęście, że miałam obok osobę, która mi pomogła i potrafiła rozpoznawać te moje stany, bo sama bym sobie nie poradziła. Ówczesny narzeczony powiedział, że będziemy razem, ale mam się leczyć. Tym sposobem szukaliśmy z moim lekarzem odpowiednich dla mnie leków.

Czy będąc w szpitalu czułaś potrzebę integracji z innymi pacjentami? Czy mogłaś opowiedzieć im o swoich uczuciach?

Tak, wtedy miałam taką potrzebę. W szpitalu był facet, który był w manii i spał po dwie godziny dziennie, a potem wychodził biegać. Trwało to u niego z dwa miesiące. Była też kobieta, która założyła firmę będąc w manii. Ta jej firma funkcjonowała jeszcze jak ona przebywała w tym szpitalu. Mania może trwać kilka miesięcy, więc jak ona założyła tą firmę i działała na takich wysokich obrotach, to po tym okresie miała depresję, ale chyba pomógł jej mąż.

Czy tobie samej te rozmowy w jakiś sposób pomagały? Czy pomagała Ci świadomość tego, że nie tylko Ciebie spotkała choroba?

Z jednej strony uświadomiłam sobie, że to co mi dolega nie jest normalne, ale z drugiej strony poczułam się blisko tych ludzi. Wiedziałam już, że są osoby, które mają tak samo jak ja.

Czy psychoterapia w ogóle Ci pomogła? Jak wyglądała taka sesja psychoterapeutyczna?

Mi osobiście psychoterapia nic nie dawała. Na terapii poznawczo-behawioralnej psychoterapeuta dał mi do przeczytania książkę o dziesięciu zniekształceniach poznawczych. Jeśli w ciągu dnia zauważałam, że nastąpiło u mnie jakieś zniekształcenie poznawcze, to musiałam to sobie zapisać w zeszycie. Miałam taką tabelkę, w której napisane było co mam pomyśleć w sytuacji pojawienia się takiego zniekształcenia. Natomiast terapia psychodynamiczna wydaje mi się być totalnie bez sensu. Chodziłam na nią pół roku, a moja psychoterapeutka przez ten czas tylko mnie słuchała i mi przytakiwała. Z psychoterapeutą mam o czym rozmawiać tylko wtedy, kiedy pojawia się depresja. Teraz od dwóch lat jestem w stanie remisji, więc nie mam za bardzo o czym mu opowiadać.

Czy u Ciebie choroba wiązała się również z popadaniem w jakieś uzależnienia?

Wiem, że wśród osób chorych na dwubiegunówkę jest dużo osób, które mają problem z alkoholem. Jak byłam z narzeczonym to praktycznie w ogóle nie piłam. Rok temu piłam dużo, bo się rozstaliśmy. Nie mogłam wtedy tego przeżyć. Powodem była głównie moja choroba. Staraliśmy się o dziecko, a ja odstawiłam leki i trochę odleciałam.

Czy przez picie choroba się w jakiś sposób pogłębiła?

Miałam trochę szczęście, bo w momencie kiedy zrywaliśmy, ja zakładałam firmę. Wcześniej zawsze myślałam, że kiedy zerwiemy to się zabiję. Dla każdego zdrowego człowieka zerwanie po prawie dziesięciu latach bycia razem jest trudne, a co dopiero dla kogoś kto jest chory. Jednak to był świetny moment na założenie firmy. Wiedziałam, że może mi się udać. Tylko dzięki temu wstawałam z łóżka. Nie miałam nawrotu choroby, ale brałam leki i dużo piłam. Na początku omijałam dawki leków, bo już naprawdę przesadzałam z alkoholem. Zdarzało się, że piłam nawet w tygodniu, ale mimo to do pracy szłam normalnie i super funkcjonowałam w tym czasie. W tym najgorszym okresie w życiu byłam nawet chwalona, że lepiej pracuję. Praca była wtedy dla mnie wszystkim.

Około kwietnia lub maja postanowiłam, że się zabiję. Pamiętam, że szłam do domu i akurat ktoś do mnie napisał. To była moja przyjaciółka, ale nie napisałam jej, że idę się utopić. Napisałam jej coś pewnie tego typu, że nie będziemy już miały okazji się zobaczyć. Przy czym może dodałam, że „nigdy”. Wyłączyłam telefon i myślałam nad tym, żeby się utopić. Wtedy mój były narzeczony zainterweniował. Wydaje mi się, że jak by zdrowa osoba tak napisała, to nie byłoby takiej natychmiastowej reakcji. Natomiast w moim przypadku wiadomo było, że już wcześniej miałam podobne akcje. Nie pamiętam w jaki sposób narzeczony dowiedział się, że w tym momencie jest ze mną coś nie tak. Może nie mógł się do mnie dodzwonić? Może dowiedział się od mojej przyjaciółki? W każdym razie wiedział gdzie mieszkam. Wpuściłam go do mieszkania, bo nastraszył mnie, że wezwie policję. Mam nadzieję, że od tego czasu już nigdy nie będę chciała się zabić. Powiedział mi, że mimo że nie jesteśmy razem, to mnie kocha i zawsze będzie mnie kochał. Wspomniał też, że jak ja się zabiję, to on po prostu nie będzie umiał żyć i że zrobiłby to samo. Wtedy podniosłam się, bo wiedziałam, że jakbym sobie coś zrobiła, to tak jakbym zrobiła i jemu.

Chciałam się zabić, ale jednocześnie wiedziałam, że nie mogę tego zrobić mamie. Nie mogłam sobie wyobrazić tej sytuacji, w której ona przychodzi i rozpoznaje moje ciało. Wiedziałam, że ona by tam dostała zawału na miejscu. Wyobrażałam sobie, że jakbym miała pieniądze, to bym wyjechała gdzieś bez dokumentu. Najlepiej gdzieś bardzo daleko, gdzie nikt by mnie nie znalazł. Pamiętam, że dzień przed tym jak miałam tę próbę samobójczą, to powiedziałam moim współlokatorkom, że chcę to zrobić. One wtedy chyba myślały, że chcę zwrócić na nie swoją uwagę. Powiedziały mi, że gdybym naprawdę chciała to zrobić, to już bym to zrobiła. Pamiętam, że było mi dziwnie po tych słowach, ale stwierdziłam, że mają rację. Na następny dzień po zajęciach wszystko wróciło. Trzeba uważać co mówi się ludziom w depresji, nawet tym, którzy jeszcze nie planują się zabić.

Masz wsparcie w rodzinie?

Teraz tak. Choroba najbardziej nasiliła się u mnie kiedy mieszkałam już sama, więc nie widzieli tego co się dzieje ze mną w najgorszych momentach. W związku z tym trudno było im zrozumieć moją chorobę. Po śmierci ojca zapisałam się do psychiatry. Moja mama powiedziała mi, że nie mogę do niego iść, bo jeśli pójdę, to wszyscy w moim mieście się o tym dowiedzą. Mam trochę o to do niej wyrzuty, bo może jeśli bym poszła, to nie byłoby próby samobójczej. Po próbie samobójczej moja mama wszystko zrozumiała.

Czego nauczyła Cię choroba?

Nauczyła mnie panowania nad sobą. Przez to, że jestem chora, to mam wrażenie, że staram się być lepsza i wewnętrznie się rozwijam. Wydaje mi się, że kiedyś byłam o wiele większym cholerykiem niż jestem teraz.

Czy z choroby afektywnej dwubiegunowej da się całkowicie wyleczyć?

Nie da się. Ostatnio na forum osób chorób na dwubiegunówkę był taki temat. Chora stwierdziła z lekarzem, że może przestanie brać leki. Pod postem były może z dwa wspierające komentarze. Większość (w tym ja) napisała, że to największa głupota jaką można zrobić i skoro zaprzestała brać leki, to najprawdopodobniej nie ma dwubiegunówki. Z dwubiegunówką jest tak, że można mieć na chwilę spokój, ale choroba za jakiś czas wróci. Po wyjściu ze szpitala też nie chciałam brać leków, bo nie mogłam zaakceptować tego, że muszę je przyjmować. Przez odstawienie leków można sobie zrobić tylko krzywdę.

Jak teraz wygląda twoje życie z dwubiegunówką?

Teraz biorę regularnie leki, chodzę co trzy miesiące do lekarza i normalnie mogę pić alkohol. Na co dzień zapominam o tym, że jestem chora.

Boisz się czasami tego co będzie jutro? Tego, że teraz wszystko się ustabilizowało, ale następnego dnia może pojawić się nawrót choroby?

Teraz jestem w nowym związku i jest to osoba zdrowa. Wie o tym, że jestem chora, jednak nic nie wie i jeszcze nie chce wiedzieć o tej chorobie. Boję się tego, że jak zobaczy moją chorobę to ucieknie.

Jeśli czyta to osoba zdrowa, której bliski choruje na chorobę afektywną dwubiegunową, w jaki sposób może mu pomóc?

Uważam, że przede wszystkim ważne jest zrozumienie i niewypominanie. Ważne, żeby po prostu ta osoba była obok, żeby przytuliła i pomogła. Warunkiem jest jednak to, żeby osoba chora się leczyła. Jeżeli osoba chora ma świadomość choroby, to już jest połowa sukcesu. Jeśli się nie leczy, to te przytulanie nie ma sensu. Najważniejsze jest zrozumienie i przeczekanie najgorszego.

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *