„Raz byłam wysoko i miałam dobry nastrój, innym razem byłam na dole i czułam się źle. Te stany mogły zmieniać się z minuty na minutę” – wywiad z Sandrą Woluntarską, która cierpi na borderline

„Raz byłam wysoko i miałam dobry nastrój, innym razem byłam na dole i czułam się źle. Te stany mogły zmieniać się z minuty na minutę” – wywiad z Sandrą Woluntarską, która cierpi na borderline

Zacznijmy od początku. Na jednym ze swoich filmików na YouTube mówisz, że od 12 roku życia wiedziałaś, że jest coś z tobą nie tak. Co się wtedy działo?

Od dzieciństwa miałam skłonności do samookaleczania się. Nie było to związane z moją trudną przeszłością lub tym, że sobie z czymś nie radziłam. Robiłam to po prostu z ciekawości, np. cięłam się żyletką lub nożyczkami. Dla mnie to była codzienność i norma. Nie widziałam w tym nic złego, ale wiedziałam, że tak się nie robi na co dzień. Zaczęłam to samookaleczenie łączyć z myślami o sobie. Zazwyczaj dziecko myśli: „Ale fajny jest świat. Ale jestem fajna„, a ja głównie myślałam, że wszystko jest do bani, że jestem okropna, nienawidzę życia i siebie. Każda moja myśl i zachowanie było nie w porządku. Wiele lat później okazało się, że moi rodzice, oczywiście nieświadomie, spowodowali te moje zachowania. Nie dorastałam w patologii, ale rodzice nie dostarczali mi tyle miłości i uwagi, ile dziecko tak wrażliwe jak ja powinno otrzymywać.

Jak sobie tłumaczyłaś te zachowania w tamtym czasie? Czy może w ogóle się nad nimi nie zastanawiałaś?

Nie zastanawiałam się. Nie wiem czy w takich momentach byłam znudzona, czy może lekko poirytowana, w każdym razie nie było jakichś skrajności. Jak byłam sama w domu szłam do łazienki i robiłam jakieś głupoty, np. cięcie się czy wyrywanie sobie włosów z głowy, walenie pięściami w ścianę. Ot, tak. Do tej pory nie potrafię znaleźć powodu dlaczego tak robiłam.

Jak dowiedziałaś się, że przyczyną tego były zachowania rodziców? Czy wyszło to może na terapii?

To wyszło dopiero pół roku temu w szpitalu. Podczas mojej ostatniej rozmowy z moim lekarzem i psychiatrą dowiedziałam się, że przez to, że jestem mocno wrażliwym dzieckiem, bardziej mnie to wszystko dotknęło. Przez moją wrażliwość dostrzegałam więcej niż inne dzieci, np. lekkie odtrącenie ze strony rodziców, bo moją siostrą zajmowali się troszkę bardziej niż mną. To co się działo, to z jednej strony wina moich rodziców, a z drugiej strony mojej wrodzonej wrażliwości.

Czy u Ciebie te autodestrukcyjne zachowania postępowały czy stało się to tak wszystko nagle?

Nie, to wszystko było jakoś nagle. Pamiętam taką sytuację, która wydarzyła się, gdy miałam 12 lat. Siedziałam u mojej babci i pokłóciłam się z moim ówczesnym chłopakiem. Usiadłam i po prostu zaczęłam się drapać po ręce. Nie płakałam, nie miałam ataku paniki ani histerii. To drapanie na tyle mi się spodobało, że wydrapałam sobie wielkie dziury. Od łokcia do nadgarstka miałam praktycznie dziury do mięsa. Myślę, że od tego zaczęło się moje samookaleczanie, które potem ciągnęło się przez wiele lat.

Czy nikt tego samookaleczania nie zauważał, np. w szkole albo rodzice?

Wiedzieli. Nie ukrywałam tego nawet jakoś specjalnie. Na drugi dzień po tej sytuacji, o której wspomniałam, poszłam na lekcję matematyki w gimnazjum. Siedziałam w pierwszej ławce, miałam bluzę z długimi rękawami, bo nie chciałam tych ran eksponować. W pewnym momencie chyba się jednak zapomniałam i odwinęłam te rękawy lub coś mi pod nimi wystawało. Pani z matematyki złapała mnie wtedy za rękę, przez co się trochę wystraszyłam, odwinęła te rękawy i zapytała co to jest. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc powiedziałam, że się przewróciłam na rowerze. Nie uwierzyła mi. Nikt też tego tematu później nie ciągnął. Znajomi też tego nie zauważyli. Kilka lat później byłam u lekarza i musiałam podnieść koszulkę, żeby móc mnie osłuchać. Nie chciałam tego zrobić, bo wiedziałam, że mam cały brzuch w sznytach. Zaczęłam płakać, powiedziałam, że nie podniosę tej koszulki i że jednak nie chcę tego badania. Pani doktor zaczęła ze mną rozmawiać i obiecała mi, że nie powie nic moim rodzicom. Na tyle jej zaufałam, że pokazałam jej mój brzuch. Czułam się bezpiecznie z tą moją tajemnicą. Po badaniu przyszłam do domu i mama dostała telefon od tej pani doktor. Byłam niesamowicie wściekła, bo myślałam, że obowiązuje ją tajemnica lekarska. Moja mama się o wszystkim dowiedziała i ku mojemu zadowoleniu zapytała się tylko po co mi to i dlaczego. Ja powiedziałam, że to jakaś głupota, że się zdenerwowałam i więcej już tak nie zrobię. Potem nigdy już nie wróciłyśmy do tego tematu. Były dwa pytania i to zniknęło. Myślę, że mi i mojej mamie było to bardzo na rękę.

Czy mówiłaś komuś, że źle się czujesz, że coś jest nie tak?

Mówiłam to zawsze moim partnerom, którzy przetaczali się przez praktycznie całe moje życie. Wtedy nie miałam za bardzo przyjaciół, więc nie miałam komu tego powiedzieć. Od czterech lat mam dwie przyjaciółki, którym czasami mówię, że coś zrobiłam. Wydaje mi się, że nie jest to forma szukania pomocy tylko taka moja pokuta, bo ja nie mam zupełnie wyrzutów sumienia za to co robię. To, że podzielę się tym z kimś sprawia, że nie jest to już mój sekret i wtedy pojawiają się te wyrzuty sumienia. Dociera do mnie, że moje autodestrukcyjne zachowania są nieprawidłowe. Myślę, że dzielenie się tym z kimś, to jakaś forma mojej terapii, zahamowania złych zachowań, a nie sięganie po pomoc.

Na początku sądziłaś, że to depresja. Skąd taka myśl?

Tak mi powiedzieli. Byłam u szkolnego psychologa i coś też w internecie szukałam na ten temat. Miałam takie typowe oznaki wskazujące na depresję: nienawidziłam siebie, nie lubiłam życia, płakałam często i potrafiłam tydzień przesiedzieć w łóżku. Podczas jednych wakacji, gdy moi rodzice wyjechali, a ja zostałam sama w domu, przez siedem dni leżałam i robiłam sobie tylko makaron z cukrem na śniadanie, obiad i kolację. Wychodziłam z łóżka tylko żeby zjeść i iść do toalety. Do nikogo się nie odzywałam i nic nie robiłam. Często miałam tak, że wolałam przespać całe dni niż z kimś pogadać albo wyjść z domu. Miałam bardzo zaniżoną samoocenę i życie było dla mnie okropnie przytłaczające. Wtedy wszędzie w internecie wyświetlało mi się, że to jest depresja. Szkolny psycholog też sugerował mi, że to może być właśnie to. W 2017 roku, po pierwszej mojej próbie samobójczej stwierdzono, że jest to depresja. Nie porozmawiano ze mną wcześniej tylko po prostu powiedziano mi, że to co robię wskazuje na depresję. Taką postawiono mi diagnozę i odesłano do domu, więc żyłam w przekonaniu, że to prawda.

W wieku 14 lat zaczęłaś się bardziej interesować swoim stanem i tym, co Ci może być. Co spowodowało, że zaczęłaś się w to zagłębiać?

Wydaje mi się, że po prostu już zaczynałam mieć dość tego, że nic się w moim życiu nie zmienia. Zaczęły mnie męczyć też myśli samobójcze. Zaczynałam się zastanawiać co mogę zrobić i co zmienić, by przestało tak być.

I jak to wszystko się dalej toczyło?

Od dwunastego roku życia miałam chłopaków. Mimo że człowiek w tym wieku to jeszcze dziecko, to zaczynałam już mniej świadomie swoje życie seksualne. W 2014 roku miałam chłopaka, z którym byłam przez trzy lata. Bardzo poważnie go traktowałam, oczywiście myślałam, że jest to mój partner na całe życie. To był najbardziej chory, nienormalny i toksyczny związek jaki mogłam mieć w swoim życiu. Był bardzo burzliwy. Dużo się kłóciliśmy i robiliśmy wiele złych rzeczy. Najbardziej przełomowy w moim życiu był 2017 roku, gdzie po rozstaniu z moim chłopakiem totalnie się rozsypałam. Był to najintensywniejszy moment w moim życiu. Zaczęłam wtedy bardzo dużo pić, wróciłam do palenia papierosów i praktycznie codziennie byłam na jakieś zakrapianej imprezie. Spotykałam się z kilkoma chłopakami w ciągu dwóch tygodni. W tamtym czasie zaczęłam też spotykać się z moim obecnym partnerem Dawidem, ale jednocześnie nie potrafiłam zakończyć kontaktu z moim poprzednim chłopakiem. Był taki wieczór, kiedy pokłóciłam się z moim obecnym chłopakiem i bardzo nerwowo zareagowałam. Wróciłam ze szkoły do domu i stwierdziłam, że nie dam już sobie rady i że mam dość. Był to atak paniki. Wszystko co w tamtej chwili przeżywałam świadczyło o tym, że zaraz umrę. Stwierdziłam, że chcę to wszystko skończyć, bo nie dam sobie rady na tamten moment. Sięgnęłam po leki mojej babci i miałam wtedy swoją pierwszą próbę samobójczą. Myślę, że był to przełomowy moment w moim życiu, bo gdybym nie trafiła do szpitala i nie dostała diagnozy, że to depresja, to trzy lata temu nie zaczęłabym terapii i cały czas stałabym w miejscu.

Jak wyglądała dokładnie ta toksyczność w związku?

To było robienie kłótni bez żadnego powodu albo z powodu, który był bezsensowny, np. chłopak bardzo lubił grać w gry na komputerze i samo to, że zauważyłam, że się do tej gry zalogował uruchamiało we mnie agresję. Miałam wtedy atak paniki i musiałam zacząć się kłócić. Czasami robiłam tak, że manipulowałam nim, żeby on zaczął kłótnie. Powiedziałam mu bardzo dużo przykrych słów, które nigdy nie powinny paść z moich ust. Dochodziło do rękoczynów, potrafiłam uderzyć go w twarz z ogromną satysfakcją (on nigdy mnie nie obraził i nie uderzył), wyzywać go od najgorszych i co chwilę o coś oskarżać. Kłótnie były codziennością. Każdego roku prowadzę kalendarz i zapisuję co robię w danym dniu. Pamiętam, że jak zapisywałam w nim pięć albo sześć dni bez kłótni, to byłam z siebie dumna. Były jakieś drobne sprzeczki z obrażeniem się na pół godziny, ale nie nazywałam tego kłótnią. Kłótnia była jak się szarpaliśmy, gdy brałam nóż do ręki i cięłam się na jego oczach, szantażowałam go i manipulowałam nim. Najgorsze jest to, że przez cały ten związek ja go za to obwiniałam. Mówiłam mu, że nie robi tego co powinien, że robi mi na złość i mnie nie słucha. Nie rozumiałam wtedy, że to ja jestem tą toksyczną osobą.

Czy borderline przeszkadzało Ci jeszcze w jakiś inny sposób? Czy widoczne było też poza związkami?

Tak, chociaż powiedziałabym, że 99% takich zachowań uwidoczniało się w związkach. Bardzo przeszkadzała mi moja relacja ze znajomymi i rodziną. Jednego dnia potrafiłam być pełna energii i zachęcać innych np. do wyjścia do kina, a drugiego dnia, gdy ktoś mi proponował to samo, to szukałam jakiejkolwiek wymówki albo nawet nie przychodziłam na umówione spotkanie, bo nie chciałam nikogo widzieć i rozmawiać. Miałam ochotę się położyć, zasnąć i się nigdy nie obudzić. Codziennie można było zakręcić kołem fortuny i wylosować jaki nastrój akurat będę miała. Tak jest właśnie z osobowością z pogranicza: raz byłam wysoko i miałam dobry nastrój, innym razem byłam na dole i czułam się źle. Te stany mogły zmieniać się z minuty na minutę.

Jak to wygląda potem, gdy już wracasz do normalności? Czy pamiętasz to co robiłaś będąc w złym stanie?

Pamiętam wszystko, wiem co zrobiłam i co powiedziałam, ale za każdym razem nie rozumiem tego dlaczego tak zrobiłam. Nagle zatrzymuję się, myślę o tym i nie rozumiem co siedziało mi wtedy w głowie. To wygląda tak jakbym patrzyła na zachowanie zupełnie kogoś innego.

Co spowodowało, że trafiłaś do szpitala psychiatrycznego?

Spowodowała to moja chęć odebrania sobie życia. Pewnego dnia stwierdziłam, że to wszystko sobie zaplanuję. Byłam przekonana, że jest to w porządku. Ze stoickim spokojem postanowiłam, że się zabiję. Miałam rozpracowany cały plan co zrobię, a czego nie. Nie działo się to za sprawą ataku paniki, miałam wtedy po prostu gorszy moment w życiu. Przez trzy dni normalnie funkcjonowałam, chodziłam do pracy i rozmawiałam ze wszystkimi, ale miałam równocześnie z tyłu głowy, że we wtorek się zabiję. Cały czas byłam niepokojąco spokojna, jakbym była na jakimś haju. Do tej pory jest to dla mnie trochę przerażające. We wtorek, gdy miałam to wszystko już zrobić, nagle coś się we mnie przełączyło. Byłam wtedy w drodze i to było tak, jakby ktoś wcisnął jakiś guzik i zaczęłam się zastanawiać co ja robię i co się dzieje, zaczęłam wtedy panikować i bałam się, że znowu coś mi się odwidzi. Zadzwoniłam o siódmej rano do mojej pani psycholog (wtedy już od trzech miesięcy uczęszczałam na terapię) i powiedziałam jej, że muszę się z nią spotkać, bo boję się, że się zabiję. Spotkałyśmy się. Cała się trzęsłam i powiedziałam jej, że boję się samej siebie, że jestem przerażona i nie wiem co mam robić. Chciałam uzyskać od niej receptę na leki na uspokojenie, bo już wcześniej brałam psychotropy. Psycholog powiedziała mi, że mogę zapisać się do psychiatry, nawet prywatnie, ale poczekam na wizytę dzień lub dwa. Mogę też iść do szpitala Jurasza na pilną konsultację psychiatryczną i zostanę przyjęta od ręki. Nie wiedziałam jednak, że jak pójdę na taką konsultację, to od razu zamkną mnie w szpitalu. Myślałam, że dostanę wtedy po prostu receptę i się uspokoję. Poszłam do tego szpitala i powiedziałam, że obawiam się, że coś sobie zrobię. Te słowa zaważyły na całej sytuacji. Lekarz zapytał mnie czy zgadzam się na zostanie na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym. Poczułam się w tamtym momencie jakby ktoś mi przywalił, zupełnie nie docierało do mnie to co powiedział. Nie zgodziłam się. Usłyszałam wtedy, że jeśli nie wyrażę zgody, to i tak tutaj zostanę, ale będę czekała na decyzję sądu żeby pozostawić mnie w szpitalu bez własnej woli, a jeśli się zgodzę, to mój pobyt w szpitalu będzie krótszy. Wtedy dostałam gorszego ataku paniki niż zazwyczaj i dano mi tabletki do połknięcia, żebym się uspokoiła. Zgodziłam się na pozostanie w szpitalu, bo nie miałam innego wyjścia. Pamiętam, że powiedzieli mi, że mam poczekać na korytarzu. Weszłam do poczekalni i zobaczyłam jak lekarz zamyka za mną główne drzwi wejściowe na klucz. Byłam przerażona, bo był to pierwszy taki moment, kiedy zamknięto za mną drzwi w szpitalu psychiatrycznym.

Co sądziłaś o szpitalach psychiatrycznych zanim sama trafiłaś do jednego z nich?

W 2017 roku byłam hospitalizowana po próbie samobójczej i miałam płukanie żołądka. Usłyszałam wtedy, że zostanę wysłana do szpitala psychiatrycznego w Świeciu. Wydaje mi się, że chciano mnie trochę postraszyć. Wtedy miałam rozmowę z psychiatrą i dowiedziałam się, że dzwonili z pytaniem czy są w tym szpitalu wolne miejsca i jeżeli będą, to tam trafię. Ostatecznie tam nie trafiłam. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o szpitalu psychiatrycznym. Byłam przerażona, że mogę się tam znaleźć. Wyobrażałam to sobie jako miejsce, w którym są izolatki, gdzie ludzi przypinają pasami, że są tam tylko ludzie w białych fartuchach i odrapane ściany. Po prostu jak w filmach. Do momentu, w którym w zeszłym roku trafiłam do szpitala psychiatrycznego w Bydgoszczy, cały czas myślałam, że szpitale psychiatryczne są okropnym miejscem.

I jak tam było?

Fajnie było (śmiech) Naprawdę podobało mi się. Ja to osobiście potraktowałam jak wakacje. Na początku był stres związany z tym, że to nowe miejsce i nieznane mi osoby, ale już na drugi dzień całkiem dobrze mi się tam przebywało. Było bardzo czysto, ładnie i odbywały się tam zajęcia. Mieliśmy patio i można było sobie posiedzieć i porozmawiać z innymi. Nie było bardzo strasznych osób. Nawet jeśli byli schizofrenicy, to byli kontaktowi. Może są straszne szpitale, nie wykluczam tego, bo nie przebywałam w innych. Ja byłam na oddziale, gdzie były najtrudniejsze przypadki. W szpitalu były osoby z zaburzeniami odżywiania, z zaburzeniami lękowymi, był też oddział dla dzieci, a ja byłam na tym najgorszym oddziale, na parterze, z kratami w oknach, dla niedoszłych samobójców. Mimo to było bardzo fajnie.

Miałaś swój pokój czy może współdzieliłaś go z kimś?

Na początku jak tam trafiłam, to byłam na sali obserwacyjnej. Zazwyczaj jest się tam kilka dni, ale ja zachowywałam się na tyle dobrze, że na drugi dzień przydzielono mnie do pokoju. Damska sala obserwacyjna miała trzy łóżka, a męska chyba z dziesięć. Pokoje były dwuosobowe. Ja trafiłam do pokoju ze schizofreniczką. To było na początku szokujące. Widziałam, że co chwilę chodziła, żeby poradzić sobie z głosami w głowie. Miała tak popękane pięty od tego chodzenia, że cały czas jej krwawiły. Wstawała, chodziła i tak w kółko. Potrafiła czasami położyć się na podłodze na znak krzyża. Dużo też krzyczała. Było to dla mnie przerażające, bo nigdy z czymś takim się nie spotkałam, ale później się do tego przyzwyczaiłam. Trochę też nie ufałam temu, że ktoś nie wejdzie do łazienki. Mieliśmy łazienki w swoich pokojach, których nie można było zamknąć na klucz. Na szczęście nie zdarzyło się tak, by ktoś mi do niej wszedł. Pokoje były bardzo ładne. Codziennie rano i wieczorem przychodziły panie sprzątające, które wymieniały nam pościel, myły podłogi, zabierały śmieci. Łazienki też były zadbane. O dziwo były w nich lustra. Jedna pani, która przychodziła do mnie i rozmawiała ze mną, co chwilę mówiła mi, że w salach obserwacyjnych jest szkło, a my możemy je wziąć albo że w naszych łazienkach są lustra, a przecież możemy je zbić. Mieliśmy prysznice z zasłonkami, więc mieliśmy jakąś prywatność. Łóżka były wygodne. Śmiałam się, że materac miałam wygodniejszy niż w domu. Każdy pokój wyglądał tak samo. Były w nich stoliczki i szafy. Po jednej stronie oddziału były pokoje męskie, a po drugiej damskie. Mogliśmy się odwiedzać, ale na noc musieliśmy wracać do siebie.

Czy masz nadal kontakt z pacjentami, którzy tam byli? Czy coś wyniosłaś z rozmów z nimi?

Wyniosłam dużo, aczkolwiek nie mam już z nikim kontaktu. Bardzo zadomowiłam się w tym szpitalu. Jak żegnałam się z tymi ludźmi, to miałam łzy w oczach. Co wieczór siadaliśmy sobie na patio, odpalaliśmy sobie muzykę, paliliśmy papierosy i rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Znałam historię praktycznie każdej osoby, która tam ze mną była. Co ciekawe, potrafiliśmy się śmiać z tego za co trafiliśmy do szpitala. Jeden mężczyzna poszedł do lasu z siekierą, a jego żona wiedząc o tym, że już miał wcześniej próby samobójcze, zadzwoniła po policję. Był to środek nocy, było bardzo ciemno, on biegał z tą siekierą przez pół lasu, a policja początkowo nie mogła go złapać. W końcu udało im się go zatrzymać. Drugi kolega próbował ukraść samolot. Włamał się na lotnisko, podał się za pewnego pracownika, zakopał w lesie swój plecak i komórkę. Wydał się w momencie, w którym nie mógł odnaleźć jakichś kluczy i poszedł zapytać innego pracownika gdzie one są. W szpitalu mieliśmy cudowną atmosferę i byli tam wspaniali ludzie, z którymi można było nawiązać więź, bo mieliśmy podobne problemy i byliśmy w tym samym miejscu. Osoby z zewnątrz nigdy nas do końca nie zrozumieją. Ktoś, kto nie przeżył tego co ja, nie będzie potrafił rozmawiać ze mną tak jak te osoby, z którymi byłam zamknięta. Na pewno mogę ręczyć za wszystkich, że czuli się dobrze w tej naszej małej społeczności. My z chłopakami, bo tam byli głównie faceci, co wieczór oglądaliśmy mecze piłki nożnej. Nawet z pielęgniarzami robiliśmy zakłady o to kto wygra. Pozwalano nam nawet zostawać chwilę po dwudziestej drugiej na patio, żeby obejrzeć mecz do końca.

Na jednym ze swoich filmików na YouTube wspominałaś, że groził Ci przeszczep wątroby. O co dokładnie chodziło?

To było w 2017 roku kiedy miałam płukanie żołądka. Wtedy rzeczywiście miałam pewne problemy z wątrobą i przez jakiś czas nie mogłam jeść tłustych rzeczy, bo było mi niedobrze. Straszono mnie wówczas szpitalem psychiatrycznym i przeszczepem wątroby. Myślę, że nie było wtedy aż tak dużego problemu z wątrobą, ale ponoć wyniki badań nie były zbyt dobre. Wiadomo, że jak się zje pięć listków tabletek na receptę i zapije je alkoholem, to wątroba nie będzie normalnie funkcjonowała, szczególnie po płukaniu. Ostatecznie wyszło na to, że wątroba działa prawidłowo i wszystko jest w porządku.

Czy nadal jesteś w terapii? 

Nie. Pod koniec sierpnia zeszłego roku, od razu jak wyszłam ze szpitala, przestałam się leczyć i nie poszłam już nigdy więcej do psychologa ani psychiatry. Stopniowo przestawałam brać leki, bo wiedziałam, że jeśli robi się to samemu, to trzeba zmniejszać dawkę. Nie polecam nikomu odstawiania leków na własną rękę. Po miesiącu odstawiłam leki i teraz radzę sobie sama. Taką typową terapię miałam zacząć po wyjściu ze szpitala. Pani psycholog objaśniła mi wszystko odnośnie borderline. Powiedziała takie jedno zdanie, dzięki któremu radzę sobie do tej pory. Uświadomiła mi, że w każdej sytuacji mam wybór. To nie jest osobowość, z którą nie mogę sobie poradzić. Czasami zdarza mi się wybuchnąć, ale kilka sekund później rozumiem, że nie muszę tego stanu ciągnąć. Trochę się usprawiedliwiam tym, że przez całe życie będzie jeszcze milion takich sytuacji, więc wybaczam sobie te małe wybuchy i od razu mówię sobie, że mogę zmienić swoje zachowanie i faktycznie je zmieniam. Myślę, że terapia nie dałaby mi nic ponad to. W trudnych momentach przeprowadzam terapię sama ze sobą. Na moim wypisie ze szpitala pani psycholog i psychiatra napisały, że jestem bardzo świadoma swojego problemu i są pozytywne rokowania. Tak naprawdę to, co ja odkryłam przez kilka miesięcy sama i będąc w szpitalu, inni odkrywają latami albo nie mogą do tego dojść przez całe życie mimo terapii. Mam takie szczęście, że mam lepsze rokowania na to, że sama sobie poradzę i jestem w stanie się kontrolować. Czasami nadal uruchamia mi się moja zła strona, ale tak w osiemdziesięciu procentach jest już w porządku.

Jak zareagowałaś na diagnozę, gdy usłyszałaś, że masz borderline? Czy znałaś to zaburzenie wcześniej?

Podejrzewałam to u siebie miesiąc przed trafieniem do szpitala. Spytałam się mojej psycholog wprost czy może to być borderline, bo czytałam coś na ten temat i oglądałam na YouTube materiały na ten temat. Odpowiedziała mi, że może to być borderline, ale dokładna diagnoza będzie za jakiś czas. Doczekałam się tej diagnozy dopiero w szpitalu. Potwierdzono to, co przeczuwałam. Ulżyło mi wtedy, bo wcześniej cały czas nie wiedziałam co jest ze mną nie tak. To tak jakbym widziała za szybą jakiś kształt nieokreślony i nie wiedziałabym co to jest. Nagle ktoś powiedziałby mi, że to jest czerwony kwadrat. Ja już go zobaczyłam, to oswoiłam się z tą myślą co mi dolega. Dowiedziałam się, że nie jest tak, że to ja jestem taka beznadziejna i okropna, że mam taki charakter tylko jest to częściowo niezależne niestety ode mnie. Jest to jakieś usprawiedliwienie na moje zachowanie i myśli. Tak naprawdę dowiadując się o tym, że jest to jakaś chora część mojej osobowości, to ja paradoksalnie czuję się bardziej zdrowa i normalna. Wiem, że cierpię na takie zaburzenie i mam prawo czuć się tak, a nie inaczej. W momencie, w którym wiem co to jest, mogę z tym walczyć.

W swoim filmiku na YouTube, który został nagrany jeszcze przed tym jak zaczęłaś opowiadać o szpitalu psychiatrycznym, mówisz o swoich wadach. Wspominasz, że jedną z nich jest między innymi agresja. Czy zrzucasz te wady teraz na karb zaburzenia?

Zdecydowanie tak. Teraz już wiem, że ta moja agresja i moje dziwne zachowania dotyczą mojej zaburzonej osobowości. Wydaje mi się, że gdybym nie miała tej osobowości, to byłabym mniej energicznym i mniej radosnym człowiekiem. Byłabym spokojniejsza i nie miałabym napadów szału.

Czy na tę chwilę zaburzenie bardzo utrudnia Ci życie?

Tak, nadal utrudnia. Jeszcze dwa tygodnie po wyjściu ze szpitala nadal miałam bardzo trudny okres w moim życiu. Przez te dwa tygodnie miałam tak skrajne momenty, że wychodziłam o północy z domu nad Wisłę z myślą, że idę się utopić albo brałam sznur, żeby się powiesić. Takie zachowania przewijały się przez całe moje życie. To bardzo utrudniało mi życie, ale na szczęście teraz tego już nie ma. Na co dzień nie mam już takich mocnych incydentów, ale do takiej zupełnej normalności jeszcze bardzo mi daleko. Nie mam typowych spadków nastrojów, ale czasami mam takie momenty, w których nie mam siły, by wstać z łóżka lub żeby posprzątać pokój. Bywa, że niektóre rzeczy mnie przerastają i sądzę, że będzie tak przez całe moje życie. Nie mam problemu z podjęciem poważnych decyzji, jak np. wzięcie kredytu czy kupno mieszkania. Mam problem z drobnymi rzeczami, np. zrobienie obiadu czy posprzątanie pokoju. Wielką nadzieję pokładam w tym, że mój partner będzie mi w tym pomagał, bo wydaje mi się, że trudno o to, bym sama to przeszła. Uważam, że może też terapia by coś zmieniła, ale jestem tak upartą i zawziętą osobą, że stwierdziłam, że poradzę sobie z tym sama. Być może nie jest to rozsądne, ale może to sprawi, że będę jeszcze silniejsza i więcej mi to da.

Jak można pomóc osobie z borderline w trudnych chwilach?

Nie wiem jak to wygląda z lekarskiego punktu widzenia, natomiast mi bardzo pomagała rozmowa. Najważniejszy jest moment, w którym osoba cierpiąca na borderline mówi, że chce się zabić. Liczą się wtedy minuty i sekundy, by uspokoić taką osobę, bo nigdy nie wiadomo czy ta osoba w tej chwili nie ma żyletki przy żyle. Ludzie z taką chwiejnością emocjonalną są zdolni do wszystkiego. Takie zachowania mogą się powtarzać, więc w dłuższej perspektywie trzeba zacząć się leczyć lub iść na terapię.

Co chciałabyś na koniec przekazać osobom, które mają zdiagnozowane borderline?

Chciałabym powiedzieć każdej tej osobie, która to przeczyta i która cierpi na borderline, że ma prawo czuć się źle ze swoimi wadami spowodowanymi przez to zaburzenie. Może również mieć gorszy dzień, płakać i krzyczeć. To jest normalne i jest to ludzkie. Trzeba to po prostu zaakceptować i pokochać w sobie. Bardzo bym się cieszyła, gdyby ktoś mi to powiedział wiele lat temu.


Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o borderline lub o tym jak wygląda pobyt w szpitalu psychiatrycznym, zapraszam Was na kanał Sandry: Sandra Martyna Łucja.

Paula Gajownik

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Specjalistka ds. marketingu i PR. Największą frajdą jest dla niej pisanie o show - biznesie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powrót do góry